Chciałem przypomnieć Panu Grzegorzowi Majchrzakowi z IPN Warszawy, że w stanie wojennym Eligiusz Naszkowski Przewodniczący Zarządu Regionu NSZZ "Solidarność" w Pile miał "Wyrok śmierci" od podziemnej Solidarności, dziwnym trafem nawet o tym szanowny historyk się nie zająknął. Nie wiem , też czy tytuł " Człowiek który uwiódł bezpiekę" ma pochlebiać zdrajcy Solidarności. Ja nie wierzę, aby "mój były szef" się zmienił, napewno nie zasługuje na miano bohatera, prędzej cwaniaka.
Człowiek, który uwiódł Służbę Bezpieczeństwa
Co łączy Eligiusza Naszkowskiego, przewodniczącego "Solidarności" w Pile, z tajnym współpracownikiem SB oraz oficerem PRL-owskiego wywiadu demaskującego w RWE kulisy zwalczania opozycji przez MSW? Bardzo wiele, są to bowiem kolejne, zapewne nie wszystkie, wcielenia tego samego człowieka.
Mandat delegata na zjazd „Solidarności” w Gdańsku, 1981 r.
(c) INTYTUT PAMIĘCI NARODOWEJ
Od lewej: Adam Żyliński, Andrzej Gwiazda, Eligiusz Naszkowski, 1981 r., zdjęcie z materiałów operacyjnych SB
(c) INTYTUT PAMIĘCI NARODOWEJ
Naszkowski na forum związkowym, 1981 r.
(c) INTYTUT PAMIĘCI NARODOWEJ
Eligiusz Romuald Naszkowski urodził się 3 lutego 1956 r. w Sierakowie Wielkopolskim. Jego ojciec Czesław był w czasie wojny żołnierzem AK, a po wyzwoleniu należał do Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość. Po wojnie rodzina Naszkowskich zamieszkała w Pile, gdzie Eligiusz kończył szkoły. W 1975 r. rozpoczął studia na Wydziale Nauk Politycznych Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. W czasie studiów "dał się poznać jako człowiek o wybujałych ambicjach, bezwzględny w dążeniu do obranego celu" - tak oceniała w lutym 1980 r. poznańska SB - "był bardzo nielubiany przez kolegów za egoizm i chęć wywyższenia się spośród ogółu". Był jednak dobrym studentem. W 1979 r. studia ukończył w trybie indywidualnym, z wyróżnieniem.
Podczas studiów nawiązał kontakt z poznańskim Studenckim Komitetem Solidarności działającym przy UAM. I tu pojawiają się pierwsze znaki zapytania. Otóż według danych SB miał być sympatykiem SKS, "głosić jego poglądy oraz czynnie uczestniczyć w działalności duszpasterstwa akademickiego". Z kolei niektórzy z jego kolegów ze studiów już wtedy uważali go za agenta bezpieki.
Typ maniakalny
Z pewnością jego pierwsze kontakty z SB miały miejsce jeszcze przed zakończeniem nauki. W kwietniu 1979 r. przeprowadzono z nim rozmowę operacyjną w związku z naruszeniem przez niego przepisów paszportowych. Naszkowski, który miesiąc wcześniej uzyskał zgodę jedynie na wyjazd do Berlina Zachodniego, pojechał do RFN. W tym czasie, pod koniec marca, "wniosek o opracowanie kandydata na tajnego współpracownika [czyli Naszkowskiego - GM]" zaakceptował naczelnik Wydziału II (kontrwywiadu) KW MO w Pile. Wniosek ten uzasadniano: "ma bezpośrednie kontakty z obywatelami RFN, wyjeżdżał do Berlina Zachodniego i w przyszłości planuje kolejne wyjazdy, dobrze zna język niemiecki, jest odwiedzany przez cudzoziemców". Jeden z funkcjonariuszy tak relacjonował spotkanie z nim: "W trakcie rozmowy kandydat wykazywał znaczne podniecenie. Z jego zachowania wynikało, że posiada szereg informacji z zakresu naszej pracy. Był też podniecony możliwością udzielania nam pomocy oraz wykonywania określonych zadań, mówiąc, że "popisze się lepszymi wynikami niż Czechowicz" (Andrzej Czechowicz był głośnym agentem SB pracującym w Radiu Wolna Europa). W podsumowaniu stwierdzano "Jest to typ człowieka niezrównoważonego psychicznie o skłonnościach manii wielkościowej".
Ostatecznie jednak Naszkowski nie został tajnym współpracownikiem SB. W uzasadnieniu rezygnacji z jego kandydatury stwierdzano: "w toku rozpracowania ustalono, że kandydat jest nieszczery z nami". Głównym powodem był nielegalny wyjazd do RFN. Ponadto w jego relacjach z wyjazdów zagranicznych znalazło się wiele nieścisłości, w ocenie SB będących "prawdopodobnie rezultatem jego wybujałej fantazji".
Na jego niekorzyść przemawiał też fakt uzyskania przez bezpiekę informacji świadczących o jego działalności w SKS. Podczas swego wyjazdu w 1979 r. miał - według danych SB - wywieźć "prace poznańskiego literata Barańczyka [właściwie: Barańczaka - GM] w celu opublikowania w RFN". Ponadto miał przywieźć do kraju paryską "Kulturę", by rozpowszechniać ją w domu akademickim Jowita w Poznaniu.
Co ciekawe, informacje na temat nielegalnego wyjazdu do RFN i otrzymaniu stamtąd przesyłek do kraju pochodziły od... samego Naszkowskiego. Po powrocie do kraju zgłosił się on bowiem do pilskiej SB, aby podziękować za szybkie wydanie paszportu.
Kolejne spotkanie z Naszkowskim zostało już "zabezpieczone" przez Wydział "T" (techniki) KW MO w Poznaniu - na podstawie nagrania sporządzono stenogram z rozmowy. Naszkowski zadeklarował chęć pracy w "arystokracji w milicji", czyli SB. Twierdził: "czuję się Polakiem [...], sądzę, że na tym odcinku czeka mnie awans [...]. Lubię być dostrzegany, lubię być nagradzany, niekoniecznie w formie materialnej. Lubię to, że ktoś mi ufa". Proponował nawet konkretne działania ze swoim udziałem. Na pytanie o powody utrzymywania kontaktów z SB, odpowiedział: "Bo chcę zyskać wasze zaufanie i pracować dla CIA. A tak naprawdę to bardzo śmieszne pytanie, ja chcę w tym robić, rozumie pan, ja chcę to robić".
Dwukrotnie złożył podanie o przyjęcie do pracy w resorcie. Po raz pierwszy w grudniu 1979 r. do KW MO w Poznaniu. Pisał wówczas: "Chciałbym, o ile to będzie możliwe, połączyć pracę w SB z dalszym badaniem zagadnień organizacji i funkcjonowania systemów politycznych RFN i jego ukoronowaniem w postaci dysertacji doktorskiej". Po raz drugi podanie złożył w czerwcu 1980 r. do KW MO w Pile. Oba wnioski zostały jednak odrzucone, m.in. ze względu na przeszłość jego ojca, zaangażowanego w podziemie antykomunistyczne.
Ekstremista
Po powstaniu "Solidarności" włączył się w działalność związku. Pracował w jednej z pilskich szkół podstawowych jako nauczyciel historii. Przez SB był oceniany jako ekstremista (m.in. "demagogicznie i napastliwie" krytykował przedstawicieli partii i władz, publicznie atakował ZSRR, podważał kierowniczą rolę PZPR). I tak w listopadzie 1980 r. mówił: "jak długo mamy jeszcze pracować dla tych złodziei - wszyscy kradli, a teraz nie mamy, co jeść", a w grudniu 1980 r. na pytanie, czego oczekuje po VII Plenum KC PZPR, odpowiedział: "strzelaniny i spadania ze stołków". Nie zapominał też o krytyce resortu, stwierdzając: "są to psy gończe rządu i klakierzy, bez własnej oceny rzeczywistości".
Nic zatem dziwnego, że ponownie zainteresowała się nim SB. Tym bardziej, że pod koniec listopada 1980 r. został przewodniczącym Międzyzakładowego Komitetu Założycielskiego NSZZ "Solidarność" w Pile. W połowie grudnia 1980 r. zaczął go rozpracowywać Wydział III KW MO w Pile w ramach sprawy pod kryptonimem "Politolog". Jej celem było ustalenie kontaktów Naszkowskiego z działaczami opozycji demokratycznej, poznanie zamierzeń przewodniczącego pilskiej "Solidarności", a także neutralizowanie jego działalności przy pomocy przeciwników w MKZ.
Niezależnie od pilskiej SB działania przeciwko niemu jako członkowi Krajowej Komisji Porozumiewawczej NSZZ "Solidarność" prowadził Departament III "A" MSW. W grudniu 1980 r. opracowano w nim anonim, który z Poznania wysłano do MKZ w Pile. Informowano w nim o staraniach Naszkowskiego o przyjęcie do SB w Poznaniu oraz o przyczynach zwolnienia z pracy na Politechnice Poznańskiej, gdzie pracował w latach 1979 - 1980 (lekceważący stosunek do pracy oraz arogancja w stosunku do przełożonych i współpracowników).
"Grażyna" wchodzi do akcji
Do nawiązania z Naszkowskim kontaktu SB wykorzystała kierownika Wydziału Pracy Ideowo-Wychowawczej KW PZPR w Pile Sylwestra Chęcińskiego, który był wcześniej jego nauczycielem. To on skontaktował z Naszkowskim komendanta wojewódzkiego MO w Pile Kazimierza Pijankę. Do pierwszego spotkania doszło 10 lutego 1981 r., w przerwie w obrad Wojewódzkiej Rady Narodowej w Pile. Odbyło się w... ubikacji. Podczas rozmowy obaj rozmówcy - według relacji komendanta wojewódzkiego - badali się wzajemnie i omówili "szereg ogólnych tematów" związanych z działalnością związku. Naszkowski wyraził chęć współpracy z SB.
O przebiegu rozmowy został następnego dnia poinformowany wiceminister spraw wewnętrznych Adam Krzysztoporski, który zaakceptował pomysł zwerbowania solidarnościowego działacza. Podczas kolejnego spotkania Naszkowski sporządził informację na temat ostatniego posiedzenia KKP (12 lutego 1981 r.) Wybrał sobie pseudonim "Grażyna" i napisał odręcznie zobowiązanie do współpracy z SB. Pisał w nim m.in.: "jako przewodniczący MKZ NSZZ "Solidarność" w Pile niezamierzenie poprzez swoje wystąpienia przyczyniłem się do wzrostu napięć społecznych w Pile i województwie. Błędy i wypaczenia, które zrobiłem, proszę przypisać memu stosunkowo młodemu wiekowi, brakowi większego doświadczenia życiowego oraz ogólnej fali nastrojów społecznych". Na poczet współpracy otrzymał 2000 zł.
Choć w sprawozdaniach informowano później, że został on "pozyskany w wyniku intensywnej pracy operacyjnej", w MSW panowała opinia, że prawie sam się zwerbował.
"Grażyna" przekazywał SB systematycznie informacje dotyczące działalności związku, zarówno na szczeblu lokalnym, jak i ogólnopolskim. Uznawano je za cenne, gdyż, mimo że najczęściej dotyczyły spraw ogólnie znanych, miały często "charakter wyprzedzający" i pozwalały na podejmowanie "określonych działań operacyjno-technicznych". SB uzyskiwała od niego również nagrania posiedzeń związkowych. Największym sukcesem Naszkowskiego było nagranie fragmentów narady Prezydium Komisji Krajowej i przewodniczących zarządów regionów NSZZ "Solidarność" w Radomiu 3 grudnia 1981 r. Kilka dni później, po starannym przygotowaniu, Polskie Radio wyemitowało najbardziej radykalne wypowiedzi, co było propagandowym sukcesem władz.
Warto w tym miejscu wspomnieć, że nagranie "Grażyny" nie było jedynym, którym dysponowała SB. Niezależnie od niego rejestracji posiedzenia dokonał bowiem TW "Jola", najprawdopodobniej inny członek KK ze Słupska. O ile jednak Naszkowski otrzymał za nagranie aż 50 tys. zł (przeciętna płaca w 1981 r. wynosiła niespełna 7700 zł, a cena urzędowa małego fiata wynosiła 130 tys. zł), to "Jola" nie wziął za swoje ani grosza. "Grażyna" był hojnie wynagradzany przez swoich przełożonych z SB. W czasie współpracy z resortem otrzymał łącznie około 135 tys. zł.
Agent wzorcowy i zaniedbany
Jak twierdził na początku lat 90. były minister spraw wewnętrznych Czesław Kiszczak, według jego podwładnych "Grażyna" miał być "jednym z wzorcowych agentów". Jednak, jak wynika z późniejszych ocen resortowych, był agentem źle prowadzonym. Przez pierwsze dwa miesiące nie opracowano nawet planu jego wykorzystania, zaniedbano też "pracę szkoleniowo-wychowawczą". Dopiero pod koniec kwietnia 1981 r. opracowano dla niego zadania dotyczące niektórych członków KKP zaliczanych do skrzydła radykalnego (m.in. Zbigniewa Bujaka, Andrzeja Gwiazdy, Jana Rulewskiego). Zalecano Naszkowskiemu nawiązanie z nimi kontaktów towarzyskich i przyjacielskich, ale bez demonstrowania tych powiązań na forum KKP.
Jak później oceniano, zadania te zostały jednak sformułowane w sposób zbyt ogólny, "nie w pełni uwzględniały cechy psychofizyczne źródła, pozycję jaką zajmował w "Solidarności" [...] oraz wykazywaną gorliwość we współpracy". Taki sposób prowadzenia miał mu pozwalać na "dowolność w przekazywaniu uzyskiwanych informacji oraz interpretowanie zdarzeń i zachowań według własnego uznania". Ponadto większość jego doniesień miała być bezkrytycznie przyjmowana przez nadzorujących go funkcjonariuszy SB. Dopiero pod koniec lipca 1981 r. stosowne zadania i taktykę postępowania dla niego opracował Departament III "A" MSW.
Naszkowski wykonywał zadania zlecone przez SB z pełnym zaangażowaniem. Tak było na przykład z nagraniem ostatniego przed wprowadzeniem stanu wojennego posiedzenia Komisji Krajowej "Solidarności" w Gdańsku. Wytrzymał wówczas dwa dni w zbyt ciasnych butach z nadajnikiem, wierząc, że dzięki niemu SB kontroluje obrady na bieżąco.
Kiedy zgłosił się około 1 w nocy z 12 na 13 grudnia do naczelnika Wydziału III Departamentu III "A" MSW, Władysława Kucy, z propozycją pomocy SB w złapaniu Bujaka, ten "nie wyraził zgody na propozycję "Grażyny", lecz zagotował wodę i zmusił go do długotrwałego moczenia stóp".
Wszyscy wiedzieli?
Po wprowadzeniu stanu wojennego, z czego podobno cieszył się jak dziecko, Naszkowski został na kilka dni internowany we Wronkach. 22 grudnia został przewieziony do Urzędu Rady Ministrów, gdzie rozmawiał ze Stanisławem Cioskiem. Według relacji "Grażyny" spotkanie dotyczyło kontrolowanej "odbudowy" związku. Ciosek obiecał mu zwrócenie się do MSW o jego zwolnienie z internowania, by mógł podjąć "podstawowe zadania przygotowawcze [...] dla reaktywowania "Solidarności" - związku zawodowego". W tym celu Naszkowski miał odnowić znajomości "z drugim, trzecim czy też czwartym garniturem komisji zakładowych w regionie".
Na początku marca 1982 r. TW "Grażyna" opracował dwa dokumenty dla swoich przełożonych z SB: "Głos w dyskusji nad propozycjami Komitetu RM ds. Związków Zawodowych w sprawie ruchu związkowego" oraz "Bliżej prawdy o Lechu Wałęsie". W tym pierwszym podkreślał m.in. potrzebę silniejszej walki propagandowej z "polityczną" działalnością związku i w tym celu proponował szersze wykorzystanie materiałów zarekwirowanych po 13 grudnia przez resort. W drugim analizował osobowość i fenomen popularności przewodniczącego związku.
Po rozmowie z Cioskiem i zwolnieniu z internowania atmosfera w "Solidarności" wokół Naszkowskiego znacznie się pogorszyła, nasiliły się podejrzenia. Warto przypomnieć, że przywódcy związku już wcześniej dysponowali informacjami wskazującymi na to, że współpracuje z SB. Jak wspomina lider wrocławskiej "Solidarności" Władysław Frasyniuk, dowiedział się o tym od funkcjonariuszy MO z Piły, którzy w 1981 r. próbowali utworzyć Niezależny Związek Zawodowy Funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej. Kiedy zgłosili się do niego, na pytanie, dlaczego nie rozmawiają z pilską "Solidarnością", odpowiedzieli: "Z kim mamy w Pile rozmawiać? Z człowiekiem, który bierze pensje z obu obozów?". Frasyniuk nikomu nie przekazał tej sprawy, gdyż nie dysponował bezspornymi dowodami.
Z kolei, jak wynika z relacji Lecha Dymarskiego, działacza poznańskiej "Solidarności", o poważnych podejrzeniach co do związków Naszkowskiego z SB poinformowany został wiosną 1981 r. (przed wydarzeniami bydgoskimi) przez byłych kolegów "Grażyny" ze studiów. Dymarski poinformował z kolei Andrzeja Wielowieyskiego, doradcę KKP, oraz niektórych członków "krajówki" (m.in. Bujaka i Gwiazdę). Również w tym przypadku nic więcej jednak nie zrobiono.
Sprzedał ich, sprzeda nas
W styczniu 1982 r. Naszkowski podjął pracę w Młodzieżowym Domu Kultury w Pile jako instruktor. Dla SB jego możliwości operacyjne były wówczas "bodaj żadne", nie nadawał się nawet do wykorzystania przy tworzeniu "odrodzonego" związku w województwie pilskim. W połowie stycznia 1982 r. proponowano wykorzystanie go "na innym odcinku i terenie" lub też jego ukadrowienie, czyli przyjęcie w szeregi resortu. Ostatecznie "Grażyna" został przekazany do dyspozycji dyrektora Biura Studiów MSW.
Jeszcze pod koniec października 1981 r. prowadzący wówczas Naszkowskiego zastępca komendantawojewódzkiego MO w Pile przesłał do MSW pismo z informacją o jego naleganiach na przyjęcie do służby w SB. Polecenie zatrudnienia Naszkowskiego w KW MO przekazano z centrali resortu dopiero na początku 1982 r. Sprzeciwił się temu jednak komendant wojewódzki, stwierdzając, że "na tym terenie nie powinien być zatrudniony w MO". Wobec takiego obrotu sprawy pilotujący sprawę "Grażyny", Kuca zwrócił się do Departamentu Kadr o przyjęcie zasłużonego agenta do pracy w MSW. Odpowiedź była jednak negatywna. Uzasadniano ją tym, że skoro sprzedał on "Solidarność", "to i to samo może zrobić z nami". Zaproponowano jednocześnie, aby w uznaniu zasług wysłać Naszkowskiego na zagraniczną budowę. Jednak Kuca, już jako dyrektor Biura Studiów MSW, nie rezygnował.
Ostatecznie mimo wątpliwości resortowych kadrowców, przy poparciu wiceministra Władysława Ciastonia, z dniem 1 lipca 1982 r. przyjęto Naszkowskiego do służby. Jak wykazała przeprowadzona po kilku latach kontrola, doszło wówczas do sfałszowania materiałów dotyczących kandydata. Znalazły się w nich informacje nieprawdziwe, np. że w czasie studiów był aktywnym członkiem ZSMP. Pominięto natomiast materiały kompromitujące byłego przewodniczącego pilskiej "Solidarności".
Formalnie został przydzielony do jednego z wydziałów Biura Studiów MSW. Jednak ze względu na jego rolę w związku postanowiono, że "do czasu sprawdzenia nie będzie dopuszczany do konkretnych spraw i obsługi tajnych współpracowników". Utajniono fakt zamieszkania rodziny Naszkowskich w Warszawie, a on sam posługiwał się dowodem osobistym na nazwisko Karol Wolski.
Naszkowski stał się specjalistą od działań bezpieki podejmowanych wobec Wałęsy. Brał udział w większości akcji swej jednostki, skierowanych przeciwko przewodniczącemu związku. Także tej, która zakładała upowszechnienie fałszywki sugerującej, że "gdański elektryk" był na początku lat 80. agentem SB. Była ona przeznaczona dla członków jury przyznającego Pokojową Nagrodę Nobla. Wśród papierów odnalezionych po ucieczce Naszkowskiego z kraju odnaleziono m.in. hasła, rysunki i opracowania komiksowe mające dyskredytować Wałęsę, w rodzaju: "Rozmawiał jak Polak z Polakiem, a dziś ma milion z hakiem", "Ukradłeś miliony, musisz być strzeżony", "Leszku, żony pilnować trzeba. Bo Jankowski nie pójdzie do nieba" czy "Leszka gadanie jest dobre na sranie".
Stare marzenie
Po niespełna dwóch miesiącach służby został wyznaczony do pełnienia dyżurów, które były jego obowiązkiem przez następne dwa lata. W tym czasie miał dostęp do wielu dokumentów, np. dotyczących struktury MSW. Szczególnie zainteresował się działalnością komórki przygotowującej dokumenty legalizacyjne (fałszywe dowody osobiste, paszporty itp.). Ponadto, w latach 1982 - 1983 brał udział w redagowaniu wydawanego przez Departament PESEL czasopisma "Bez dyktatu", rzekomo wydawanego przez "podziemną" Międzyregionalną Komisję Obrony "Solidarności" (de facto stworzoną przez SB i kierowaną przez jej agenturę). Jako tzw. "dobre pióro" pisał artykuły do tego periodyku. Wbrew przyjętym założeniom wykonywał też niektóre czynności w sprawach operacyjnych prowadzonych przez Biuro Studiów. Konsultowano z nim różne opracowania dotyczące opozycji, co było przyjmowane przez innych funkcjonariuszy jako "przejaw darzenia go przez kierownictwo jednostki pełnym zaufaniem".
Współpracownicy wręcz bali się go. Z ich zeznań wynikało, że chwalił się utrzymywaniem osobistych kontaktów z najważniejszymi osobami w państwie. Twierdził, że ma "przyjaciół spoza resortu" (np. Mieczysława F. Rakowskiego, Stefana Olszowskiego).
W październiku 1983 r. skierował do ministra raport o zmianę daty przyjęcia do służby na dzień 1 września 1980 r. Wniosek, mimo iż zawierał nieprawdziwe sugestie, że wykonywał od tego dnia "specjalne zadania" w "Solidarności", został poparty przez jego przełożonych i zaakceptowany przez ministra.
Wiosną 1983 r. rozpoczął starania o wyjazd za granicę. Za plecami swoich przełożonych zgłosił się do wicedyrektora Departamentu I MSW (wywiadu), któremu powiedział, że z obecnej pracy nie jest zadowolony i uważa, że mógłby zrobić więcej, przechodząc do pracy w wywiadzie. Zaproponował pomoc w rozpracowywaniu działaczy "Solidarności" we Francji, ale jego oferta nie wzbudziła zainteresowania.
Nie zaprzestał jednak swoich starań o wyjazd. Pod koniec maja 1984 r. zwrócił się z raportem do wiceministra Ciastonia. Prosił w nim o skierowanie do zaprzyjaźnionego kraju "powodowany troską o zdrowie psychiczne rodziny i własne bezpieczeństwo". Jak pisał wówczas, jego żona miała rzekomo mieć "stany lękowe" i cierpieć "na skutek najmniejszego przejawu działalności pogrobowców "Solidarności" (np. napisu na murze)". Raport ten został poparty przez dyrektora Kucę. Zaproponował on wysłanie swego protegowanego wraz z rodziną na placówkę do Mongolii. Wniosek został zaakceptowany i we wrześniu 1984 r. Naszkowski został przeniesiony na etat wywiadu.
Nieoczekiwana zmiana trasy
27 września 1984 r. Naszkowski otrzymał paszporty konsularne dla siebie, żony i córki oraz bilety lotnicze do Ułan Bator. Miał wylecieć trzy dni później. W przeddzień wylotu nie zgłosił się jednak ani do MSW, ani do MSZ w celu załatwienia ostatnich formalności. Jak się później okazało, nie zdał m.in. legitymacji służbowej. 1 października kadry poinformowały o niedopełnieniu formalności wicedyrektorawywiadu. Ten jeszcze tego samego dnia poinformował o tym Kucę, który zobowiązał się ustalić miejsce pobytu Naszkowskiego. Jak wynika z jego późniejszych wyjaśnień, nie podjął jednak działań poszukiwawczych, ponieważ przypuszczał, że Naszkowski w drodze do Ułan Bator miał zatrzymać się w Moskwie. Jeszcze prawie pół roku po zniknięciu swojego podwładnego Kuca stwierdzał: "Jestem pewien, że E. Naszkowski przebywa w Moskwie i do czego zostanie wykorzystany, jeszcze nie wiadomo". W końcu na przełomie października i listopada wywiad wysłał do Ułan Bator zapytanie, czy Naszkowski zgłosił się do pracy. Oczywiście odpowiedź była negatywna.
O działalności zawodowej Naszkowskiego nie miała pojęcia rodzina. Jego najbliżsi twierdzili, że był "człowiekiem skrytym, nie wypowiadał się na temat pracy". Informował ich jedynie, że pracuje w MSZ (było to tzw. legalizacyjne miejsce jego pracy). Jak twierdziła jego szwagierka, miał on skłonność do "dominacji nad innymi członkami rodziny" oraz "demonstrował swoją wyższość". Jednak to właśnie relacje ojca i brata, którzy w dniu jego zniknięcia spotkali się z nim na dworcu PKP w Poznaniu, naprowadziły SB na najbardziej prawdopodobny kierunek i sposób jego wyjazdu z kraju. Według ojca syn był bowiem "znacznie podenerwowany [...], jakby wyraźnie coś go gnębiło". Nie chciał nawet, żeby najbliżsi czekali na jego odjazd do Warszawy. Co ciekawe, rodzina była przekonana, że ze stolicy ma lecieć do... Chin.
Pod koniec grudnia 1984 r. wewnętrzna komisja Biura Studiów przygotowała raport z działań poszukiwawczych Naszkowskiego. Jak się później okazało, dyrektor biura "wywarł osobisty wpływ na treść raportu [...] i znaczne opóźnienie wykonania czynności ustaleniowych". M.in. spowodował usunięcie z pierwszej wersji raportu stwierdzenia "Dokonane czynności [...] dają postawę do przypuszczenia o jego ewentualnym wyjeździe do kraju zachodniego". Kasjerka na dworcu PKP Poznań Główny zapamiętała zakup na podstawie paszportów dyplomatycznych 2 lub 3 biletów do Berlina Zachodniego przez pewnego mężczyznę. Z pierwotnej wersji usunięto też informacje o kontaktach Naszkowskiego z osobami na wysokich stanowiskach państwowych i "niektórymi pracownikami" biura.
Pierwszorzędny informator
W marcu 1985 r. został powołany specjalny zespół wewnątrzresortowy do przeprowadzenia "czynności wyjaśniających w sprawie Naszkowskiego". W ciągu trzech miesięcy przestudiował on materiały dotyczące funkcjonariusza SB (w tym pozostawione przez niego zniszczone brudnopisy i dokumenty), przeprowadził rozmowy z ponad setką funkcjonariuszy SB, zebrał oświadczenia od kierownictwa Biura Studiów i 52 pracowników resortu, którzy kontaktowali się z Naszkowskim. Co ciekawe, przełożeni nie byli w stanie określić "w miarę precyzyjnie" zakresu obowiązków i czynności służbowych Naszkowskiego.
Ustalono, że Naszkowski "nabył znaczną wiedzę operacyjną i ogólną". Wiedział m.in. o istnieniu "operacyjnego dotarcia do paryskiego ośrodka "Solidarności"". Przypuszczano, że mógł rozszyfrować "źródła zabezpieczające L. Wałęsę" (TW "Jerzy Zalewski", "Zenit", "Weteran", "Kozłowski", "Marian" i "Felicjan"). Znał adresy mieszkań konspiracyjnych SB oraz zakres działania nie tylko swego biura, ale też jej najważniejszej ekspozytury terenowej - Inspektoratu II Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Gdańsku. Przez jego ręce przechodziły dokumenty "szczególnej tajności", np. informacje wywiadu o działalności zagranicznej "Solidarności". To on preparował (wraz z innym funkcjonariuszem Adamem Stylińskim) dwie słynne taśmy: "Rozmowę braci" (czyli rzekomą rozmowę Wałęsy z bratem w czasie internowania) oraz "Głosy z podziemia". Ponadto poznał metody pracy z agenturą, w tym zasady wynagradzania i współpracy z dziennikarzami telewizyjnymi. Nie jest to pełna lista. W raporcie zastrzegano, że: "Biorąc pod uwagę wścibskość E. Naszkowskiego, nawiązane przez niego kontakty i znajomości wewnątrz MSW oraz korzystanie z bezkrytycznegozaufania, to wiedza jego mogła być tylko szersza od tej, którą zespół zdołał odtworzyć w toku prowadzonych wyjaśnień".
Kto mu zaufał?
Zespół badający sprawę nie pozostawił suchej nitki na kolejnych jednostkach resortu. Nie wyjaśniono bowiem np. kontaktów Naszkowskiego z członkiem CDU i posłem do Senatu Berlina Zachodniego Joachimem Kannengiesserem (rodzina Naszkowskich gościła go wraz z małżonką w 1974 r., w rewanżu Kannengiesserowie podejmowali w 1976 i 1979 r. Eligiusza oraz mieli finansować jego podróże do Berlina Zachodniego i RFN). Nie wyjaśniono też źródła pochodzenia zgromadzonych przez Naszkowskiego walut. Mimo podejrzeń, że ma kontakty z obcym wywiadem, zarówno w czasie współpracy z pilską SB, jak i podczas pracy w Biurze Studiów, nie próbowano tego sprawdzić. W raporcie stwierdzano ponadto: "Od momentu nawiązania współpracy z E. Naszkowskim i w czasie ukadrowienia, jego przełożeni realizowali bezkrytycznie narzucone przez niego inicjatywy, mimo prezentowanego przez nich rzekomego braku zaufania do niego".
W dodatku w listopadzie 1983 r. Naszkowski został przyjęty na kandydata na członka PZPR, a na początku października 1984 r., czyli kilka dni po ucieczce, pozytywną opinię wystawił mu sekretarz organizacji partyjnej w Biurze Studiów, pisząc m.in.: "jest świadomym swego wyboru, rozumiejącym cele i zadania partii, dążącym do wcielania idei socjalizmu poprzez wzorowe wypełnianie swoich obowiązków zawodowych i partyjnych". Tego było już za wiele. W resorcie poleciały głowy. Przede wszystkim odwołano ze stanowiska dyrektora Kucę.
W 1985 r. SB udało się ustalić, że Naszkowski przebywa w USA. Stwierdzono, że najprawdopodobniej został zwerbowany "przez jedną ze służb specjalnych państw NATO", zapewne podczas jednego z pobytów w Berlinie Zachodnim, oraz że być może starania o kontakt z MSW należały do jego zadań jako agenta. Proponowano podjęcie działań w celu "wzbudzenia u przeciwnika nieufności w stosunku do zdrajcy, na podstawie logicznie skonstruowanych przesłanek, że działa on w porozumieniu i interesie naszego resortu".
Fakty i brednie
Zabiegi polskich służb specjalnych nie okazały się w pełni skuteczne. Kilka miesięcy po jego tajemniczym zniknięciu na łamach prasy zachodniej ("Die Welt", "Le Mond") pojawiły się wywiady z Naszkowskim, a audycje z jego udziałem nadawało RWE. W MSW śledzono te wystąpienia. Zachowało się np. tłumaczenie wywiadu w "Die Welt" z końca maja 1985 r. pt. "Najciemniejszy rozdział: walka Służby Bezpieczeństwa przeciwko "Solidarności"". Po raz kolejny Naszkowski błyszczał, promował swą osobę "jednego z najważniejszych funkcjonariuszy polskiego MSW". Sam wywiad był mieszanką faktów i zwykłych bzdur. Z jednej strony bowiem Naszkowski ujawniał kulisy działalności SB (dezinformacja, prowokacja czy sam fakt istnienia Biura Studiów). Z drugiej zaś wypowiadał ewidentne kłamstwa, że MSW po 13 grudnia 1981 r. "rzadko lub w ogóle nie udawało się dotrzeć do podziemia", albo że "Solidarności" w latach 1980 - 1981 "łatwo przychodziło [...] infiltrowanie ministerstwa". Ocena przedstawianych przez niego rewelacji jest bardzo trudna. Bo jakże zweryfikować np. informację, że gdyby Wałęsa nie otrzymał Nagrody Nobla w 1983 r., to zostałby zamordowany.
Naszkowski ponownie zabłysnął w 1990 r. Zadzwonił z Paryża i udzielił wywiadu "Tygodnikowi Nowemu". Przedstawił się w nim jako... podwójny szpieg. Niejako przy okazji zasugerował, że Wałęsa był agentem SB o pseudonimie "Bolek". Wątek ten został skwapliwie podtrzymany przez tygodnik "Nie" Jerzego Urbana - chodziło o zdyskredytowanie Wałęsy jako kandydata na prezydenta.
Niezależnie od tego, czy i dla kogo jeszcze pracował, pozostanie jedną z najbardziej tajemniczych postaci w ostatnich kilkunastu latach PRL-u. Jeśli rzeczywiście pracował dla Zachodu, to chyba osiągnął znacznie więcej niż jego idol Czechowicz.
GRZEGORZ MAJCHRZAK
Autor jest historykiem, pracuje w Biurze Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej