Tydzień temu wpadłam na jeden dzień do Piły. Rzecz jasna, odwiedziłam Warsztatową i obejrzałam okrojone Górki. Patrząc okiem Pilanina, można uznać widok za imponujący, elegancki taki, że ho ho. Moje oko widzi to dwojako: naprawdę ładnie, i naprawdę mi żal, że nie jest to już obraz z mojego dzieciństwa. Żeby nam Wzgórze Mewisa vel Górki vel Stawki nie znikało sukcesywnie z pamięci, wraz z przemianami czynionymi na tym terenie, napiszę jeszcze kilka zdań z moich o nim wspomnień.
W latach 50-tych i 60-tych co roku wiosną zjeżdżały się cygańskie wozy i zatrzymywały gromadnie po lewej stronie dużego stawu (patrząc od ul. Ceglanej). Paliły się ogniska, wieczorami w całej okolicy słychać było cygańskie granie i śpiewanie. Mimo, że co niektórzy dorośli twierdzili, że Cyganie porywają polskie dzieci, często chodziliśmy podglądać ich obyczaje, ich tańce. Czasami rozmawialiśmy z cygańskimi dziećmi, także ich rodzicami. Nie było specjalnie żadnych scysji z nimi, ja nie pamiętam. Żal nam było, gdy utopił się w stawie ich chłopiec. Smutno się też zrobiło, gdy zabroniono im wędrować...
W latach 50-60 każde dziecko w promieniu kilometra od wzgórza wiedziało co to jest "Warsztatówa". Warsztatówy już nie ma, a było to piaszczyste zbocze wzgórza, opadające prosto na łuk łączący ulicę Ceglaną z Warsztatową (przy wiekowym kasztanowcu). Po jego obu stronach rosły potężne drzewa m.in. klony i wyyysoka topola srebrzysta. Zbocze Warsztatówa pełniło szczególne, ważne zadanie zimą.
Dzieci z rozległej okolicy zbierały się tam z sankami i zjeżdżały na nich z dziką pasją. Prosto na ulicę. Nie było wtedy żadnego murku wokół wzgórza, a samochód przejeżdżał może ze trzy razy na dzień. Częściej jeździły wozy z końmi, bo przy ZTNK wydawano węgiel.
Wszyscy jednak mieli wzgląd na dzieci na sankach, wszystkim sprawa była znana.
Warsztatówa była dość stroma i nabierając dobrego rozpędu, można było przejechać tę szeroką ulicę i dalej zjechać niższym zboczem na łąkę, zwaną na przedwojennych planach Niwki. Łąka ta bowiem leżała znacznie niżej poziomu ulicy. Została zasypana i zrównana gdzieś koło lat 70 tych. Łąka miała swój urok. Ograniczała ją ulica, domki i ogrody po lewej, odnoga rzeki Farbiarskiej na wprost i rów melioracyjny po prawej, wzdłuż ulicy Krynicznej. Rosła tam piękna wierzba płacząca, której gałąź zakiełkowała mi w Norwegii (dziecko kasztanowca też mi rośnie ochoczo). Pasły się na niej owce. No, a zimą można było pomknąć na sankach z Warsztatówy poprzez całą łąkę, aż do rzeki Farbiarskiej. Warsztatówę widziałam z mojego okna. Kiedy chorowałam i nie wolno mi było wyjść z domu, a i nie mieliśmy jeszcze telewizora, co by sobie bajki pooglądać, siedziałam przy oknie godzinami i patrzałam na szalejące radośnie dzieciaki.
Stawki również służyły za ośrodek sportów zimowych, dokładnie za lodowisko dla łyżwiarzy, zwłaszcza duży staw.
To dla uczczenia pamięci tego wzgórza.
Pozdrówka
