Na Długim Targu idąc od strony Neptuna po lewej stronie tuż przed wejściem nad Motławę znajdował się zakład fotograficzny w którym zrobiliśmy sobie pamiątkową fotkę dla potomnych a dla siebie najbardziej. Przy Motławie była cukiernia gdzie zawsze kupowaliśmy pączki, drożdżówki i bułki, później podczas przerwy objadaliśmy się nimi. Kto wie czy ten fotograf i ta cukiernia jeszcze istnieje bo bym z chęcią ich odwiedził. To zdjęcie zostało mi jako pamiątka do dziś bo płyta longplay Marka i Wacka z podpisami kumpli z którymi byłem gdzieś zaginęła.
Były też zabawne historie np: jakaś już starowinka około 70 lat mówiła do mnie pokazując na kolegów "panie to ruskie wojsko przebrane w nasze mundury, powiadam panu" po czym splunęła i poszła, innym razem starszy człowiek wszedł do baru mlecznego na Długiej w jesionce a wyszedł z kartką przyczepioną na plecach - precz z komuną - i tak chodził dopóki mu jej nie zdjęto. W każdej dogodnej chwili jak patrolu zomowskiego albo ormowskiego nie było to malowano na murach różne napisy do znaków polska walcząca, ja na to nie reagowałem bo sam w komuchów kamykami rzucałem
ZOMO i ORMO to największe mendy stanu wojennego były, wszystkich protestujących w Gdańsku i domyślam się że w innych miastach pałowali równo czy zasłużył czy nie. Nieraz widziałem jak upodlają człowieka, byli też wśród tych zomowców mieszkańcy Piły których znałem z widzenia, na ulicy mijałem a którzy zamiast iść normalnie do wojska poszli do ZOMO odsłużyć i przy okazji niezłe pieniążki zarobić bo tatuś milicjant im załatwił. Niektórym powiedziałem że najlepiej zrobią jak do Piły już nie wrócą bo ludzie się dowiedzą i będą mieli przesrane. Niektórzy z nich osiedlili się w Redzie, Wejherowie, Sopocie, Gdańsku, Elblągu, Mazurach itd... Ormowcy nie byli lepsi od nich też gnoili ludzi podczas stanu wojennego niejednokrotnie, w Gdańsku było ich pełno. Zawsze mówiłem że jest w piekle na to miasto ale je bardzo polubiłem. Widziałem jak milicjanci i zomowcy wracali po walce na ulicy poturbowani przez ludność Gdańska i stoczniowców do Urzędu Wojewódzkiego bo tam mieli swoją bazę wypadową. A ich kantyny i sklepiki, czy ta w urzędzie wojewódzkim czy w areszcie śledczym nieopodal dworca głównego kolejowego, były tak zaopatrzone że normalni ludzie w kolejkach musieli stać kilka dni a oni mieli to na wyciągnięcie ręki i za śmieszne ceny. Pomarańcze, jabłka, cukierki zwykłe i w czekoladzie, czekolady różne te zwykłe i bombonierki, wyroby piekarnicze, kiełbasy, wyroby garmażeryjne na zimno i ciepło, napoje jak to zobaczyłem to byłem w szoku totalnym i nie tylko ja. A w sklepach puste półki i straszna drożyzna. I tak oto stan wojenny wyglądał z mojej perspektywy i jaki przeżyłem, dla jednych dobry dla innych okazał się złem, nie piszę o ofiarach bo one zawsze są. Któregoś dnia oddałem nie moje zabawki, zdjąłem moro i wróciłem do normalności.
P.S. Do stanu wojennego, nie napisałem o chrzcinach dziecka Lecha Wałęsy późniejszego prezydenta, które odbyły się w kościele św. Brygidy i o tym że powsadzano nas w milicyjne nyski i zrobiono maskaradę z wojska a sami milicjanci i zomowcy poprzebierali się w cywilne łachy i udawali mieszkańców miasta, natomiast pod ubiorem mieli broń i pały. Była ich masa na tych chrzcinach, sam Wałęsa chyba już wtedy był internowany i tylko przyjechał w obstawie esbeków na tą uroczystość rodzinną. Nieopodal kościoła był przystanek tramwajowy, podjechał tramwaj i zrobiło się za chwilę zbiegowisko, w nysie przez szczekaczkę było słychać że zbiera się tłum, jest tam około 300 osób, my byliśmy w odległości jakieś 100 metrów i dokładnie było widać że jest tam z 15 osób a tylko dlatego że kobieta stojąca na przystanku zemdlała, po chwili przyjechała karetka zabrała ją i było po sprawie, to zdarzenie jest dowodem na to jak działała propaganda w tamtych czasach nawet z takiego przypadkowego powodu.