Opowiadanie, mały epizod polskiego piechura z walk o Piłę
: 06 lut 2006, 19:13
Witam, pewnego dnia nudząc się w domu napisałem krótkie opowiadanie, fikcyjne wspomnienia polskiego piechura, który walczył w lasach w rejonie szosy bydgoskiej. Całość jest to wymyślona przeze mnie wizja żołnierza, nie ma tutaj wielkich konkretów tylko moje wyobrażenie walk o przełamanie pozycji z marszu przez 48 Bpanc. Jak ktoś ma podobny pomysł to chętnie zapraszam.
Dym spalin z silników wysokoprężnych naszych czołgów, łoskot gąsienic rozbijający się na przygranicznej szosie niedaleko wsi Śmiłowo. Złowieszcza cisza bez echa rozlegająca się w oplatającym naszą szpicę lesie, bez wątpienia nie wróżyła nic dobrego.
Szedłem razem z paroma kolegami z drużyny tuż za drugim wozem pancernym, starałem się nie wychylać zbytnio i dojść jak najbliżej niemieckich pozycji. Razem ze mną szedł mój długoletni kolega z czasów pokoju. Uzbrojony w km i parę granatów niemieckich, zastanawiałem się jak tym razem będzie wyglądał kolejny epizod tej parszywej wojny.
Moje zadanie było proste, w momencie nawiązania kontaktu z wrogiem miałem zlokalizować stanowiska armat ppanc., obrzucać załogę granatami, rozłożyć km i osłaniać drugi rzut piechoty. Proste?? Jakże, tylko w praktyce wygląda to inaczej. Serce waliło mi niewspółmiernie mocno, pomimo głośnego warkotu sowieckiego czołgu słyszałem, a może po prostu czułem jak wali mi serce. Nie pamiętam już na ile oddaliliśmy się od naszych pozycji wyjściowych gdy nagle dowódca pierwszego wozu nakazał zatrzymać kolumnę, przystanęliśmy wszyscy i kurczowo chowając się za bryłą wozu bojowego czekaliśmy dalej na to co nieuniknione. Pomyślałem sobie, że błędem jest zatrzymywać kolumnę tutaj na skarpie, tutaj gdzie wozy nie mają możliwości żadnego manewru i są jak puszki na jarmarcznej strzelnicy.
Tej chwili nie zapomnę długo, moment który utkwił na zawsze w mojej pamięci to pracujące na wolnych obrotach silniki czołgów, otwierający się właz dowódcy pierwszego wozu i potężna eksplozja gdzieś na tyłach kolumny. Z charakterystycznego metalicznego jazgotu wiedziałem, że oberwał któryś z ostatnich wozów, nie interesowało mnie to zbytnio w tym momencie, z wiadomych względów najważniejsze było dla nas piechurów oddalić się od pojazdów. Taką stosowali taktykę niemieccy artylerzyści, reguła? Tak.
Nie zdążyłem przeskoczyć przydrożnego rowu a już stał w płomieniach pierwszy wóz, spoglądając za siebie ujrzałem dowódcę pierwszego wozu, który próbował wydostać się z płonącego pojazdu, bezskutecznie. Biegnąc i chaotycznie rozglądając się w około starałem się wykonać jakoś moje zadanie. Próbowałem zlokalizować działo, które do nas strzelało, ujrzałem wychylając się zza drzewa jak po drugiej stronie niewielkiego wąwozu przecinającego szosę, tuż za przeszkodą ppanc., obsługa działa w pośpiechu wycofuje się z pierwotnej pozycji strzeleckiej. W jednej chwili przyjąłem postawę strzelecką leżąc rozłożyłem dwójnóg mojego km-u i posłałem długą serię w cofające się działo, seria okazała się celna ponieważ jeden z Niemców osunął się na koło działa co uniemożliwiło reszcie dalszy odwrót. Chwilę potem zgrywałem przyrządy strzeleckie na uciekającej w popłochu załodze działa tym razem seria nie trafiła a załoga zniknęła w rowach strzeleckich.
W powietrzu unosiła się ziemia, błoto, wybuch niemieckich pocisków moździerzowych mieszał się pracującymi już teraz na pełnych obrotach silników wozów, które cudem ocalały i nie zostały trafione a chaotycznie tańcząc na szosie próbowały nawiązać walkę z nie do końca jeszcze widocznym przeciwnikiem. Kątem oka spoglądam, na wóz za którym to stałem przed paroma sekundami, kierowca wykonując manewr cofania niemal nie wywraca pojazdu. Cudem udaje mu się wydostać z pułapki, i kontynuując walkę ustawią się frontem do pozycji niemieckich. Jeden z pocisków trafia w pancerz lecz ześlizguje się z niego wstrząsając całą masą wozu. Teraz to oni maja swoja chwile, widać jak wieża czołgu wykonuje niewielki obrót i po chwili pada strzał. Gwizd pędzącego pocisku burzącego trafia frontalnie w niemiecki schron krusząc jego ścianę w drobny mak.
Okrzykiem NA PRZÓD!!! ZA MNĄ!!! Podrywam część zaległych dookoła mnie towarzyszy, ci co się nie podrywają, nie są tchórzami ich już po prostu nie ma. Biegniemy tyralierą prosto na niemieckie pozycje obronne, teraz widać doskonale jak wygląda niemiecka obrona, spośród leśnego, zimowego krajobrazu wyłania się szeroka, nie do przeskoczenia przeszkoda wykonana z potykaczy, kilka schronów, dobrze zamaskowane stanowiska dział i od cholery piechoty w transzejach. Schrony maja bardzo dobre pole ostrzału i ich serie dosięgają każdego piechura zaplątanego wśród gęsto ustawionych potykaczy. Dobiegamy na dno wąwozu i zalegamy już na dobre pod silnym ogniem moździerzy, gradem pocisków z broni maszynowej.
Walka wre na dobre, ożył las, słychać komendy naszych dowódców. Jeden z czołgów spycha trafiony wóz bojowy dowódcy i ześlizguje się prosto do rowu przeciwpancernego. Kierowca rozpędza czołg do maksymalnej prędkości tak aby wymanewrować pojazdem i skutecznie wydostać się z głębokiego rowu gdy nagle z wieży tryska świetlista, oślepiająca łuna gazów. Wóz zostaje trafiony granatnikiem przeciwpancernym. W tym samym momencie dobiega część drugiego rzutu, któremu to mieliśmy ułatwić podejście. Zalegają w tym samym miejscu co my, część na wierzchołku rowu ppanc. próbuje zorganizować łączność z naszymi stanowiskami. Radiotelegrafista podaje namiary na stanowiska i odzywają się z kolei nasze moździerze 120mm.
Dziś już nie pamiętam czy zostałem raniony naszym granatem czy dla odmiany niemieckim, obudziłem się w piwnicy w zdobytej już Pile. Czuwał przy mnie nasz dowódca, dowiedziałem się wtedy od niego, że atak 48 Bpanc załamał się w pierwszych minutach walki i zdobycie miasta z marszu nie powiodło się.
Dym spalin z silników wysokoprężnych naszych czołgów, łoskot gąsienic rozbijający się na przygranicznej szosie niedaleko wsi Śmiłowo. Złowieszcza cisza bez echa rozlegająca się w oplatającym naszą szpicę lesie, bez wątpienia nie wróżyła nic dobrego.
Szedłem razem z paroma kolegami z drużyny tuż za drugim wozem pancernym, starałem się nie wychylać zbytnio i dojść jak najbliżej niemieckich pozycji. Razem ze mną szedł mój długoletni kolega z czasów pokoju. Uzbrojony w km i parę granatów niemieckich, zastanawiałem się jak tym razem będzie wyglądał kolejny epizod tej parszywej wojny.
Moje zadanie było proste, w momencie nawiązania kontaktu z wrogiem miałem zlokalizować stanowiska armat ppanc., obrzucać załogę granatami, rozłożyć km i osłaniać drugi rzut piechoty. Proste?? Jakże, tylko w praktyce wygląda to inaczej. Serce waliło mi niewspółmiernie mocno, pomimo głośnego warkotu sowieckiego czołgu słyszałem, a może po prostu czułem jak wali mi serce. Nie pamiętam już na ile oddaliliśmy się od naszych pozycji wyjściowych gdy nagle dowódca pierwszego wozu nakazał zatrzymać kolumnę, przystanęliśmy wszyscy i kurczowo chowając się za bryłą wozu bojowego czekaliśmy dalej na to co nieuniknione. Pomyślałem sobie, że błędem jest zatrzymywać kolumnę tutaj na skarpie, tutaj gdzie wozy nie mają możliwości żadnego manewru i są jak puszki na jarmarcznej strzelnicy.
Tej chwili nie zapomnę długo, moment który utkwił na zawsze w mojej pamięci to pracujące na wolnych obrotach silniki czołgów, otwierający się właz dowódcy pierwszego wozu i potężna eksplozja gdzieś na tyłach kolumny. Z charakterystycznego metalicznego jazgotu wiedziałem, że oberwał któryś z ostatnich wozów, nie interesowało mnie to zbytnio w tym momencie, z wiadomych względów najważniejsze było dla nas piechurów oddalić się od pojazdów. Taką stosowali taktykę niemieccy artylerzyści, reguła? Tak.
Nie zdążyłem przeskoczyć przydrożnego rowu a już stał w płomieniach pierwszy wóz, spoglądając za siebie ujrzałem dowódcę pierwszego wozu, który próbował wydostać się z płonącego pojazdu, bezskutecznie. Biegnąc i chaotycznie rozglądając się w około starałem się wykonać jakoś moje zadanie. Próbowałem zlokalizować działo, które do nas strzelało, ujrzałem wychylając się zza drzewa jak po drugiej stronie niewielkiego wąwozu przecinającego szosę, tuż za przeszkodą ppanc., obsługa działa w pośpiechu wycofuje się z pierwotnej pozycji strzeleckiej. W jednej chwili przyjąłem postawę strzelecką leżąc rozłożyłem dwójnóg mojego km-u i posłałem długą serię w cofające się działo, seria okazała się celna ponieważ jeden z Niemców osunął się na koło działa co uniemożliwiło reszcie dalszy odwrót. Chwilę potem zgrywałem przyrządy strzeleckie na uciekającej w popłochu załodze działa tym razem seria nie trafiła a załoga zniknęła w rowach strzeleckich.
W powietrzu unosiła się ziemia, błoto, wybuch niemieckich pocisków moździerzowych mieszał się pracującymi już teraz na pełnych obrotach silników wozów, które cudem ocalały i nie zostały trafione a chaotycznie tańcząc na szosie próbowały nawiązać walkę z nie do końca jeszcze widocznym przeciwnikiem. Kątem oka spoglądam, na wóz za którym to stałem przed paroma sekundami, kierowca wykonując manewr cofania niemal nie wywraca pojazdu. Cudem udaje mu się wydostać z pułapki, i kontynuując walkę ustawią się frontem do pozycji niemieckich. Jeden z pocisków trafia w pancerz lecz ześlizguje się z niego wstrząsając całą masą wozu. Teraz to oni maja swoja chwile, widać jak wieża czołgu wykonuje niewielki obrót i po chwili pada strzał. Gwizd pędzącego pocisku burzącego trafia frontalnie w niemiecki schron krusząc jego ścianę w drobny mak.
Okrzykiem NA PRZÓD!!! ZA MNĄ!!! Podrywam część zaległych dookoła mnie towarzyszy, ci co się nie podrywają, nie są tchórzami ich już po prostu nie ma. Biegniemy tyralierą prosto na niemieckie pozycje obronne, teraz widać doskonale jak wygląda niemiecka obrona, spośród leśnego, zimowego krajobrazu wyłania się szeroka, nie do przeskoczenia przeszkoda wykonana z potykaczy, kilka schronów, dobrze zamaskowane stanowiska dział i od cholery piechoty w transzejach. Schrony maja bardzo dobre pole ostrzału i ich serie dosięgają każdego piechura zaplątanego wśród gęsto ustawionych potykaczy. Dobiegamy na dno wąwozu i zalegamy już na dobre pod silnym ogniem moździerzy, gradem pocisków z broni maszynowej.
Walka wre na dobre, ożył las, słychać komendy naszych dowódców. Jeden z czołgów spycha trafiony wóz bojowy dowódcy i ześlizguje się prosto do rowu przeciwpancernego. Kierowca rozpędza czołg do maksymalnej prędkości tak aby wymanewrować pojazdem i skutecznie wydostać się z głębokiego rowu gdy nagle z wieży tryska świetlista, oślepiająca łuna gazów. Wóz zostaje trafiony granatnikiem przeciwpancernym. W tym samym momencie dobiega część drugiego rzutu, któremu to mieliśmy ułatwić podejście. Zalegają w tym samym miejscu co my, część na wierzchołku rowu ppanc. próbuje zorganizować łączność z naszymi stanowiskami. Radiotelegrafista podaje namiary na stanowiska i odzywają się z kolei nasze moździerze 120mm.
Dziś już nie pamiętam czy zostałem raniony naszym granatem czy dla odmiany niemieckim, obudziłem się w piwnicy w zdobytej już Pile. Czuwał przy mnie nasz dowódca, dowiedziałem się wtedy od niego, że atak 48 Bpanc załamał się w pierwszych minutach walki i zdobycie miasta z marszu nie powiodło się.