Jak spędzaliśmy czas w powojennej Pile
: 13 wrz 2007, 01:00
Drodzy podstarzali Pilanie.
Zachęcam Was do włączenia się w powyższy temat. Przyszedł czas na nasze gawędziarstwo. Opowiedzmy młodym Pilanom co robiliśmy w naszym mieście w trudnych powojennych latach, jak wyglądało nasze życie codzienne i jak świętowaliśmy. Opowiedzmy młodym jak bawiliśmy się będąc dziećmi, gdzie chodziliśmy na tańce, na spacery, na randki, co jedliśmy... kto nam organizował czas wolny i w jaki sposób, jacy artyści nas odwiedzali. Kiedy ja byłam młoda lubiłam słuchać wspomnień sprzed wojny. Dziś dochodzą sygnały, że młodzi Pilanie chcieliby posłuchać nas. Skoro ja z ogromną pasją staram się odtworzyć w wyobraźni Piłę przedwojenną i przechadzać się jej ulicami pośród ludzi należących do tamtej scenerii, przypuszczam, że wielu obecnie młodych chętnie pozna życie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych od podszewki. Pomóżmy więc ich wyobraźni.
W temacie poświęconym powojennym fotografiom Piły nadgryzłam nieco parę wątków, które może warto by dalej pociągnąć.
Dziś nawiążę do trasy spacerowej w niedzielne popołudnia. Nie było komputerów i telewizory były niezwykłą rzadkością, więc kto żyw zrywał się na niedzielny spacer po mieście. Wystarczyło, że nie padał deszcz i nie było śnieżycy. Spacerowali starzy i młodzi. Trasę przemierzały niemowlęta w wózkach i podskakujące przed rodzicami dzieciaki. Znaliśmy się niemal wszyscy z widzenia, bo jakby nie, skoro mijaliśmy się nawet kilka razy tego samego popołudnia. Starsi spotykali swoich znajomych i przeprowadzali kilka towarzyskich rozmów. Młodzież... no właśnie, nam już niepotrzebne były bale dla dorastających panien i kawalerów, my mieliśmy trasę spacerową i... oglądaliśmy się nawzajem.
Trasa spacerowa to Park Miejski - ul. Boh. Stalingradu - Plac Powstańców Wielkopolskich - Świerczewskiego (Śródmiejska) - 1 Maja -
14 Lutego - Plac Staszica... i z powrotem.
Zacznijmy od "pętli" w Parku Miejskim. Przede wszystkim, był większy niż obecnie, po okrojeniu w latach bodajże siedemdziesiątych.
Każda alejka zatłoczona była ludźmi jak Marszałkowska w Warszawie w godzinach szczytu. Liczne ławki zawsze zajęte.
Do rytuału niemal należało przywitać się z jeleniem mieszkającym tuż przy stawie, pogłaskać go po nosie, który wpychał między kratkę drucianego płotu, rzucić okruszki herbatników (np. z fabryki Cukry Nyskie) łabędziom, no i koniecznie dotrzeć do altany, gdzie często czekać trzeba było na wymianę grupki mieszczącej się wewnątrz. Nierzadko z muszli koncertowej dobiegała muzyka, więc się tam również gromadziliśmy. Szczęściarze mogli zasiąść w kilku rzędach ławek. Na scenie prezentowały się np. orkiestry dęte. Było ich w Pile sporo. Mnie najbardziej znana to orkiestra ZNTK. Występowały zawodowe zespoły folklorystyczne, a także szkolne. Recytowano wiersze okolicznościowe. W latach sześćdziesiątych powstało wiele zespołów młodzieżowych, a w muszli koncertowej w parku mieli prawdziwe pole do popisu. Niektóre z nich były naprawdę dobre. Zwłaszcza jeden pod patronatem Domu Kultury, ale jego nazwa niestety wyleciała mi z głowy.
Przy muszli koncertowej ustawiano stragany, gdzie sprzedawano gorące kiełbaski, zimne napoje, pamiątki, zabawki
(np. kolorowe wiatraczki na drucie, piłeczki na długiej gumce, korkowce, pistolety na cympletki, jeśli dobrze pamiętam tę nazwę).
W latach sześćdziesiątych na parkowych alejkach zrobiło się nie tylko tłoczniej, ale i głośniej. Wówczas pojawiły się radyjka tranzystorowe i co bardziej oryginalny młodzian miał za ambicję mieć takie jak największe, a wtedy i z długą anteną, którą mógł wybić oko towarzyszącej panience. Programów radiowych nie było aż tak wiele, ale zdarzało się, że na przestrzeni kilku metrów kwadratowych słychać było jednocześnie Czerwone Gitary, Niemena i Beatelsów...
Nie jest to, oczywiście, przekaz historyczny, lecz moje luźne wspomnienia z tamtych czasów, kiedy byłam dzieckiem i podlotkiem.
Z mojej strony nastąpi zapewne ciąg dalszy, jeśli temat okaże się godny uwagi. Tymczasem pozdrawiam.
Zachęcam Was do włączenia się w powyższy temat. Przyszedł czas na nasze gawędziarstwo. Opowiedzmy młodym Pilanom co robiliśmy w naszym mieście w trudnych powojennych latach, jak wyglądało nasze życie codzienne i jak świętowaliśmy. Opowiedzmy młodym jak bawiliśmy się będąc dziećmi, gdzie chodziliśmy na tańce, na spacery, na randki, co jedliśmy... kto nam organizował czas wolny i w jaki sposób, jacy artyści nas odwiedzali. Kiedy ja byłam młoda lubiłam słuchać wspomnień sprzed wojny. Dziś dochodzą sygnały, że młodzi Pilanie chcieliby posłuchać nas. Skoro ja z ogromną pasją staram się odtworzyć w wyobraźni Piłę przedwojenną i przechadzać się jej ulicami pośród ludzi należących do tamtej scenerii, przypuszczam, że wielu obecnie młodych chętnie pozna życie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych od podszewki. Pomóżmy więc ich wyobraźni.
W temacie poświęconym powojennym fotografiom Piły nadgryzłam nieco parę wątków, które może warto by dalej pociągnąć.
Dziś nawiążę do trasy spacerowej w niedzielne popołudnia. Nie było komputerów i telewizory były niezwykłą rzadkością, więc kto żyw zrywał się na niedzielny spacer po mieście. Wystarczyło, że nie padał deszcz i nie było śnieżycy. Spacerowali starzy i młodzi. Trasę przemierzały niemowlęta w wózkach i podskakujące przed rodzicami dzieciaki. Znaliśmy się niemal wszyscy z widzenia, bo jakby nie, skoro mijaliśmy się nawet kilka razy tego samego popołudnia. Starsi spotykali swoich znajomych i przeprowadzali kilka towarzyskich rozmów. Młodzież... no właśnie, nam już niepotrzebne były bale dla dorastających panien i kawalerów, my mieliśmy trasę spacerową i... oglądaliśmy się nawzajem.
Trasa spacerowa to Park Miejski - ul. Boh. Stalingradu - Plac Powstańców Wielkopolskich - Świerczewskiego (Śródmiejska) - 1 Maja -
14 Lutego - Plac Staszica... i z powrotem.
Zacznijmy od "pętli" w Parku Miejskim. Przede wszystkim, był większy niż obecnie, po okrojeniu w latach bodajże siedemdziesiątych.
Każda alejka zatłoczona była ludźmi jak Marszałkowska w Warszawie w godzinach szczytu. Liczne ławki zawsze zajęte.
Do rytuału niemal należało przywitać się z jeleniem mieszkającym tuż przy stawie, pogłaskać go po nosie, który wpychał między kratkę drucianego płotu, rzucić okruszki herbatników (np. z fabryki Cukry Nyskie) łabędziom, no i koniecznie dotrzeć do altany, gdzie często czekać trzeba było na wymianę grupki mieszczącej się wewnątrz. Nierzadko z muszli koncertowej dobiegała muzyka, więc się tam również gromadziliśmy. Szczęściarze mogli zasiąść w kilku rzędach ławek. Na scenie prezentowały się np. orkiestry dęte. Było ich w Pile sporo. Mnie najbardziej znana to orkiestra ZNTK. Występowały zawodowe zespoły folklorystyczne, a także szkolne. Recytowano wiersze okolicznościowe. W latach sześćdziesiątych powstało wiele zespołów młodzieżowych, a w muszli koncertowej w parku mieli prawdziwe pole do popisu. Niektóre z nich były naprawdę dobre. Zwłaszcza jeden pod patronatem Domu Kultury, ale jego nazwa niestety wyleciała mi z głowy.
Przy muszli koncertowej ustawiano stragany, gdzie sprzedawano gorące kiełbaski, zimne napoje, pamiątki, zabawki
(np. kolorowe wiatraczki na drucie, piłeczki na długiej gumce, korkowce, pistolety na cympletki, jeśli dobrze pamiętam tę nazwę).
W latach sześćdziesiątych na parkowych alejkach zrobiło się nie tylko tłoczniej, ale i głośniej. Wówczas pojawiły się radyjka tranzystorowe i co bardziej oryginalny młodzian miał za ambicję mieć takie jak największe, a wtedy i z długą anteną, którą mógł wybić oko towarzyszącej panience. Programów radiowych nie było aż tak wiele, ale zdarzało się, że na przestrzeni kilku metrów kwadratowych słychać było jednocześnie Czerwone Gitary, Niemena i Beatelsów...
Nie jest to, oczywiście, przekaz historyczny, lecz moje luźne wspomnienia z tamtych czasów, kiedy byłam dzieckiem i podlotkiem.
Z mojej strony nastąpi zapewne ciąg dalszy, jeśli temat okaże się godny uwagi. Tymczasem pozdrawiam.